Strona osobista:Jakub Winiarski/Fragment powieści "Kronika widzeń złudnych"
< Strona osobista:Jakub Winiarski
Intymne porady chińskich mistrzów... (rozdz. XII "Kroniki widzeń złudnych"; fragment)
– Powtarzaj za mną: nefrytowa brama...
– Naprawdę? – mruknąłem z łóżka. – Mam tak powiedzieć? – ... nefrytowa izba, nefrytowe wrota – Luiza osiągnęła w tej chwili stan spokoju graniczącego z życzliwością, jednak pewien byłem, że to nie potrwa długo. – Cynobrowa jaskinia, anemon, lira... – Pizda, cipa, szpara – wyrecytowałem wolno, próbując osiągnąć także japoński, jaki-taki spokój. – Daj spokój, Luiza, z czym do ludzi? Mogę, bo lubię to słowo, mówić czasami o yoni. Ale te wrota, jaskinie... Przecież to kpina i obłęd. A przede wszystkim parodia, parodia i karykatura. – Dobrze – cierpliwość mojej jasnowidzącej kobiety dorównywała jej pedanterii. – To spróbujmy od strony męskiej. Powtarzaj: nefrytowy trzon, kuszący wierzchołek, pagoda jang... – Taki chuj jak słonia trąba! – wybuchłem straszliwym bluzgiem, bo już mi nerwów zabrakło. – Daj spokój tym dyrdymałom! Po co nam to? – miałem nadzieję, że to pytanie nieco ją ostudzi i zatrzyma w jej pedagogicznym amoku, którego byłem ofiarą. A gdzie tam. I to przewidziała. – Już nie pamiętasz, jak było ze strasznym niemieckim porno? Nie pamiętasz, jak zabolało, kiedy jęczałam „weiter”? Nie pamiętasz, jak ustaliliśmy, że trzeba spróbować Wschodu? – Nie myślałem o zmianie języka, ale o zmianie kontekstu. – No to zmieniłam ci kontekst i czego ty jeszcze chcesz? Nie ładnie zrobiłam w mieszkaniu? Coś ci się nie podoba? Wychyliłem się na moment z łóżka i rozejrzałem w półmroku. Na stole obok wazonu z krągłymi laskami o tyłkach w stylu Matisse’a paliło się jaśminowe kadzidełko, kupione za dychę od ulicznego sprzedawcy. Dym wtapiał się w suche powietrze, rysując w nim kręte wzory i mieszał z dymem camela, którego ja zapaliłem. Obok kadzidełka leżał ekskluzywnie wydany album Intymne porady chińskich mistrzów, czyli sztuka miłości w twoim domu. Otwarty był na jakimś niesamowitym sztychu, przedstawiającym Azjatę z członkiem wielkości ramienia. Azjata trzymał za biodra pannę wyraźnie zadowoloną w pozycji o wdzięcznej nazwie, nie wiem czy nie przekręcę: Śpiewająca Małpa Trzymająca się Drzewa, czy Igraszki Feniksa w Czerwonej Jaskini... A może to była pozycja Osioł Późną Wiosną? Nie pamiętam...
*
Obok albumu leżały jeszcze trzy chińskie wachlarze, błękitny, czerwony i w paski, podobno do odganiania duchów. Jakieś gadżety z sex-shopu zbliżone kształtem do średniowiecznych narzędzi tortur. Opakowanie po eterycznym olejku Air Wick. Porcelanowy czajniczek. Kawałek czarnego futra zamontowany na gumce. Woreczek niewiadomego pochodzenia, dość spory. Camele
i zapalniczka, a także niewinna z pozoru książeczka jakiegoś Chińczyka, z której Luiza wzięła te wszystkie nefryty i liry. Mieszkanie zaznało zresztą przemiany gruntowniejszej, odkąd Luiza postanowiła zgłębić tajniki sztuki fengshui i wzięła się za przesuwanie mebli oraz aktywizowanie stref, która to nazwa mnie nic nie mówiła do czasu, kiedy moja jasnowidząca kobieta spróbowała powiesić nad moim biurkiem zdjęcie wodospadu Niagara w miejscu, gdzie do tej pory od zawsze wisiała reprodukcja Sztuki konwersacji Magritte’a, małego obrazu przedstawiającego plażę, a na niej klęczącego byka ze szpadą wbitą między oczodoły. – Co to jest? – zapytałem, kiedy mój Magritte zniknął. – Tutaj piszą – Luiza postukała palcem w lakierowany papier jakiejś pomarańczowej książeczki – że woda, która w fengshui symbolizuje bogactwo i dobrobyt, może przez powieszenie na ścianie fotografii spokojnego wodospadu sprawić, że kariera popłynie jak rzeka. Dobrze jest też ustawić w widocznym miejscu mały żaglowiec w butelce, to pomaga trzymać się obranego kursu i płynąć z wiatrem. – Mówiąc to Luiza uśmiechała się rozbrajająco, jakby pewna była mojej dozgonnej wdzięczności. – Niagara nie jest spokojnym wodospadem – stwierdziłem najłagodniejszym głosem, na jaki mnie wtedy było stać. – Zdejmij to. – W ten sposób nigdy nie zrobisz kariery – moja jasnowidząca kobieta nie dała za wygraną. – Po prostu zdejmij i nie wracajmy do tego, tylko o to cię proszę – pomyślałem, że Sztuka konwersacji jest tu zdecydowanie bardziej na miejscu.
*
Ale wodospad pozostał. Teraz wisiał na wprost łóżka, w którym leżałem i paliłem pod satynową pościelą w chińskie wzory, a energie krążyły i – jak śmiałem się w duchu – mieszały z dymem camela.
– No, postarałaś się bardzo – powiedziałem, kiedy skończyłem myśleć o fengshui, wodospadzie i karierze. – Ale nie o to chodziło. – A o co? – Luiza wciąż jeszcze gotowa była zrozumieć. – Chodziło o czysty seks. O mięso w mięso, pojmujesz? – Już nie mogę. Jesteś jak zwykle wulgarny. To dla mnie jest zawsze misterium... Norbert, misterium! Misterium! – No nie! – zawyłem z rozpaczy. – Daj spokój tym całym misteriom. Seks to nie pantomima. – Ale... – Żadnego ale – byłem już dobrze wściekły. – Podobam ci się? – No tak. – To weź się rozbierz i chodź tu. Nic z tego. Siedziała metr dalej w fotelu, w szlafroku frotte rozchylonym, bardzo kuszącym i patrzyła na mnie ze smutkiem, jakby chciała powiedzieć: – Nie tak to zaplanowałam. Jak miałem jej wytłumaczyć, że seks to seks i nic więcej? Jak miałem wybić jej z głowy nefryty i anemony? Z drugiej jednakże strony, sam też nie umiałem się przemóc i kiedy zmuszałem się wreszcie, by w chwili intymnej i słodkiej wyszeptać te właśnie słowa, na które tak gorąco czekała, dopadał mnie chichot szatański i śmiałem się niczym szatan. Diabelskim chichotem niszczyłem napięcie, intymność i aurę. – Przepraszam – mówiłem zawsze – naprawdę nie mogę się nie śmiać. Nie mogę mówić do ciebie „uwielbiam twoją jaspisową komnatę”, bo zaraz widzę się w myślach, jak gdybym znalazł się w jakimś pałacu i biegał po jego komnatach o ścianach z lepkiego mięsa. W dodatku to porównanie, „komnata”, jest w nim coś komicznego. Tylko czekać aż echo usłyszę, kiedy zawołam hop-hop! Przy minecie.
*
– Polski jest straszny, straszny! Co to za słowo „mineta”?
– Normalne. Wolisz patelnia, lizanko, wiercioszek, polerka? Bo można i tak powiedzieć. – Wolałabym język Wschodu, jest taki... taki łagodny – w oczach mojej jasnowidzącej kobiety dostrzegłem ciepłe ogniki. – Posłuchaj tylko: jaspisowe... – Jaspisowe badziewie – zgrzytnąłem zębami. – Jaspisowe dyrdymały. Jaspisowe pierdoły. Jaspisowe cacko z dziurką – kpiłem. – Luiza, przecież to sztuczne – miałem już serdecznie dosyć. – A polski nie jest wulgarny. Nie można zakładać, że „pizda” i „chuj” to jedynie przekleństwa. – Ale to są przekleństwa. – Nie sądzisz, że nazwać kogoś na przykład „nefrytowym trzonem” to większa obraza? – Wcale nie – Luiza nie dała mi skończyć. – A zresztą, wracajmy do nauki. Powtarzaj za mną: wojownik, samotny mnich, jednorożec... – Kindybał, dzida, fujara... Naprawdę wolę po polsku. – I co ja mam z tobą zrobić? – Luiza załamała ręce. – Może to cię przekona – sięgnęła po spory woreczek niewiadomego przeznaczenia. Z woreczka na prześcieradło wysypała kilka tajemniczo wyglądających przedmiotów i książkę. – Dzisiaj ja coś przeczytam – powiedziała z błyskiem w oku. – Posłuchaj: „Panna Radość poprosiła go do sypialni, gdzie czekał na nich obfity posiłek”. – Co to za książka? – spytałem.
Jakub Winiarski, "Kronika widzeń złudnych", wyd. Zielona Sowa, Kraków 2004.
![[PoeWiki]](/skins/common/images/wiki.png)