Strona osobista:Jakub Winiarski/Wywiady Jakuba Winiarskiego z pisarzami/Rozmowa z Henrykiem Berezą
< Strona osobista:Jakub Winiarski | Wywiady Jakuba Winiarskiego z pisarzami
O wszystkim nie pisałem...
(Z Henrykiem Berezą rozmawiają Błażej Dzikowski i Jakub Winiarski)
J.W.: Pana wypiski, listy, sny – to, co Pan publikował w „Twórczości” było bardzo skrupulatne i robi wrażenie, że zawarł Pan wszystko w tych tekstach. Czy tak jest istotnie? Czy jest coś, o czym Pan jeszcze nie pisał i nie mówił?
Henryk Bereza: O wszystkim nie pisałem [śmiech], choć zastanawiałem się dziś, ile napisałem tekstów oryginalnych – nie kompilacji, nie streszczeń – bo kiedy byłem modny, drukowałem różne wersje. Ale nie umiem nawet w przybliżeniu określić, ile tekstów drukowałem o poszczególnych książkach, albo o twórczości określonych pisarzy, czy o ogólniejszych zagadnieniach, bo dochodzi do tego to, co jest w „Pryncypiach”, albo wstępy do innych książek...
J.W.: A może coś chodziło za Panem, a nie dało rady...
Henryk Bereza: E, już by mi się nie chciało pisać, czego nie napisałem. Ale byli rozmaici pisarze, o których nie miałem odwagi pisać. Na przykład prawie nie pisałem o Kafce, poza wzmiankami ogólnymi, przy innych tekstach – bo mając bardzo żywy stosunek do tego pisarza i sporo o nim wiedząc, nie miałem odwagi wziąć się za pisanie o nim. W „Doświadczeniach” i „Prozie z importu” nie ma żadnego tekstu o Kafce.
B.D.: Dlaczego? Z powodu onieśmielenia dziełem?
Henryk Bereza: Miałem świadomość, że jest dla mnie za bardzo skomplikowany i nie mam narzędzi, żeby do niego się dobrać. Gdybym znał lepiej źródła, „Pismo święte”, tradycję żydowską... Trochę się w tym orientuję, ale za mało.
B.D.: Jakimi narzędziami dysponuje w takim razie Henryk Bereza?
Henryk Bereza: Nie jestem z jednej szkoły myślenia; przyswajałem sobie to, co mi w rozmaitych szkołach i tradycjach myślenia było przydatne do praktyki. Nie miałem potrzeby identyfikowania się z egzystencjalizmem (z którym zresztą pewnie miałbym związki najistotniejsze; nie był nowością, ale komasował pewne rozumienie, widzenie literatury i człowieka) – byłem w tym młodzieńczy, w czytaniu Camusa, Sartre’a i tego typu autorów. To był stosunek inny, niż do strukturalistów, z których to i owo czytałem, ale nigdy solidnie: znalazłem zastosowanie dla pewnych pojęć i kategorii, korzystałem z nich, ale nie identyfikowałem się ze strukturalizmem jako takim. Najwięcej właściwie i to przez całe ponad półwiecze działalności w sposób trwały interesowałem się rosyjską szkołą formalną – tacy filozofowie i pisarze jak Szkłowski, Bachtin, Łotman – to mnie zawsze interesowało i w jakimś sensie było związane z tym, co z polskiej tradycji teoretycznej ceniłem i przejąłem... Jak wymieniam nazwisko, nikt już nie wie, o czym ja mówię – a podstawowe znaczenie miały na przykład dwie rozprawy Dawida Hopensztanda. To teoretyk, który napisał doniosłą pracę o mowie pozornie zależnej w „Czarnych skrzydłach” Kadena Bandrowskiego – inne prace, bardzo formalistyczne, czytałem z pism i książek dwudziestolecia – to on mi ukształtował rozpoznanie struktur formalnych i narracyjnych w prozie. Rozumiałem to, rozumiałem, o czym jest ta rozprawa – to polskie źródło tego, co nazwałem rosyjską szkołą formalną. Jakimś zmysłem natchnienie teoretyczne z tego kręgu rozpoznaję, na przykład jak czytałem numer ostatni „Twórczości” – grudniowy 2005, ukraiński – szalenie się przejąłem i wzruszyłem nie tekstami źródłowymi, tylko esejem, szkicem, nie wiem jak to nazwać – Oleksandra Bojczenki, który pisał o nowej literaturze ukraińskiej. Całe jego myślenie o tej literaturze jest z tamtej szkoły myślenia, ma świadomość tego, co się zdarzyło w literaturze ukraińskiej, po roku 89 czy którymś, odkąd zaczęła się nowa literatura ukraińska. Uświadomił mi on, że ta literatura jest przeniknięta założeniami formalnymi – rozumieniem artyzmu, co u nas nie występuje, bo u nas są szkoły związane z różnymi szkołami zachodnimi, ale poprzez samą twórczość, a nie od strony świadomości filozoficznej. A tam, ci autorzy jakoś pasują do tego wszystkiego, co chce Bojczenko o nich powiedzieć i jak ich rozumie. Ucieszyło mnie, że ta literatura tak szybko chwyciła pewne rzeczy od strony formalnej i artystycznej i krytyk, który do niej się zabiera, ma za sobą tę szkołę myślenia.
J.W.: Czy czuje się Pan postacią sporną i kontrowersyjną w środowisku polskiej literatury, a zwłaszcza krytyki współczesnej?
Henryk Bereza: Wydaje mi się, że przy tak rozmaitych powiązaniach z twórcami polskiej literatury, i przy jakim takim prywatnym uznaniu z ich strony, jestem raczej tolerowany na zasadzie dziwactwa umysłowego, albo osobliwości, niż rozumiany w jakimkolwiek sensie. Ale przestałem na cokolwiek liczyć, nie czuję się pokrzywdzony ani nieszczęśliwy z tego powodu, że – mówiąc ordynarnie – ci, którzy powinni się tym interesować i to rozumieć, mają mnie w nosie. Nie cierpię z tego powodu.
J.W.: Jaka jest Pana opinia o współczesnej polskiej krytyce literackiej, o kulisach posiedzeń w rozmaitych jury, o całej tej literackiej otoczce?
Henryk Bereza: Nie wiem właściwie, czy istnieje zjawisko krytyki w takim głębszym sensie. Istnieją ci, którzy interesują się danym pisarzem i zmierzają do napisania pracy doktorskiej czy monograficznej – ci mają większe ambicje, a to, co funkcjonuje jako krytyka literacka, to usługowe dziennikarstwo. To, co ukazuje się w pismach jako recenzje jest tak naprawdę czysto komercyjną informacją i prawie nie ma nic z tego, co się nazywa krytyką literacką. Nie mówię o „Literaturze na Świecie”, gdzie wypowiadają się o pisarzach ich znawcy. To jest krytyka, trafia się też dobra krytyka w „Twórczości”, a raczej – trafiała, bo w ostatnim czasie „Twórczość” drukuje szalenie dużo esejów, które nie są niczym innym, jak referatami studentów czy doktorantów. Jako ćwiczenie doktoranckie - w porządku, ale to nie są teksty pisane. W „Twórczości” niegdyś istniała prawdziwa eseistyka filozoficzna i literacka, były eseje o twórczości - nie studenckie ani doktoranckie referaty. W ostatnim roku w „Twórczości” mieliśmy po trzy, cztery referaty jak na proseminarium lub seminarium – zrobione tylko z elementarną zdolnością pisania. W młodości prowadziłem zajęcia ze studentami i zdolni studenci, którzy potem zostawali publicystami, krytykami, uczonymi – pisali referaty na ćwiczenia (uczyłem oświecenia i romantyzmu), które teraz spokojnie zostałyby wydrukowane w pismach literackich, co wtedy nie wchodziło w rachubę. Można było takie coś przed proseminarium przeczytać, przedyskutować na zajęciach (bo moi studenci umieli pisać, co nieczęste wśród uczonych – profesorowie bardzo często bywają niepiśmienni, napisanie czegokolwiek sprawia im podstawową trudność), ale to nie krytyka...
B.D.: Student pisze na seminarium, potem wysyła tekst do pisma. To zrozumiałe z ekonomicznego punktu widzenia – jego wysiłek przydaje się, a raczej sprzedaje dwa razy. A że ludzie nie robią tego bez seminarium – cóż, może po prostu zanikła ochota do tworzenia tej prawdziwej krytyki, o której Pan mówi?
Henryk Bereza: Albo zapotrzebowanie zanikło, więc i potrzeba pisania. Skoro można wydrukować referat z zajęć w najpoważniejszym piśmie, to po co starać się o więcej? Nieładnie szkaluję „Twórczość”, bo dotyczy to też innych pism, nie wyłączając pisma „Studium”. Znowu „Ha!art” to pisanie efekciarskie, tłumaczące się ambicjami młodych, początkujących literatów: zabłysnąć, zwrócić uwagę, napisać coś oryginalnego, ostrego w ocenach i sądach – ale to stała taktyka publicystki kulturalnej czy literackiej: jak ktoś jest nowy, musi napisać coś takiego, żeby wszyscy w jego mniemaniu padli na kolana z podziwu dla przenikliwości, ostrości sądów. W „Fa!Arcie” z kolei jest przewaga ambicji naukowych – Uniłowski jest fachowcem, wykładowcą; Nowacki – nie zdecydował się, czy chce być uczonym, czy Janem Kottem dzisiejszej literatury i stąd te jego ostrości, efektowność... U Jana Kotta podziwiałem jego talent pisarski, ale nie intelektualną solidność, chociaż on bardzo rzadko robił takie wygibasy przy czymś, co było niczym. Czasem spotykał takie krytyczki albo autorki, które interesowały go może po prostu jako kobiety – jak wiadomo był kobieciarzem – ale mimo tych pomyłek popełnianych z powodu porywów uczuciowych, Kott wiedział, co jest sztuką prawdziwą, co jest wartościową literaturą i co nie jest, a dzisiaj z tym różnie. Czytam czasem ankietowe wypowiedzi: hierarchie literackie, artystyczne danego roku, czy na przykład ostatnich 15-u lat i ogarnia mnie przerażenie. Nie, żebym oczekiwał, że wyniki będą podobne do moich rozpoznań i wartościowań; mogą się różnić, ale taka wizja musi być spójna, artystycznie logiczna, a nie tak, że wśród osiągnięć 15-u lat literatury wymienia się 5 lub 10 lub inną liczbę tytułów od Sasa do lasa. Sam w tym uczestniczyłem, wypełniałem ankiety na temat 15-lecia i najważniejszych osiągnięć – i potem, przy czytaniu innych głosów, ciarki po grzbiecie mi chodziły z przerażenia, że dziełem ważnym może być efemeryda literacka. (...)
Całość wywiadu dostępna na stronie www.literaturajestsexy.pl
Warszawa, 14 stycznia 2006 r. (Publ. "Studium" (2/2006))
![[PoeWiki]](/skins/common/images/wiki.png)